La Cumbrecita, czyli kanaryjska loża VIP

Mówi się, że gdyby Caldeira de la Taburiente (największy krater La Palmy) była audytorium,
la Cumbrecita stanowiłaby miejsce VIP. Tak rozległy rozpościera się z niej widok na powulkaniczny basen o ponad sześciometrowej średnicy. Znajduje się u kresu wąskiej cieśniny, która ucina się nagle, zawisając nad przepaścią, ukazując jednocześnie wyścielony wąwozami i ubarwiony licznymi sosnami krater.

Chciałyśmy z Sophie koniecznie zobaczyć te zachwalane przez wszystkich widoki i przedreptać jeden z trekkingów prowadzących do owego słynnego miradoru. By uniknąć najbardziej palącego słońca wyruszyłyśmy wcześnie, zaraz po śniadaniu. Wyjaśniono nam też w hotelu, że nim dostaniemy się na szczyt, z którego rozpoczyna się wędrówkę, musimy zatrzymać się w punkcie informacyjnym El Paso.  Tam z kolei trzeba zarezerwować parking na szczycie. Rezerwacja jest bezpłatna – jednak konieczna, żeby móc zatrzymać się na górze.

Ku naszemu rozczarowaniu okazało się, że rezerwacje parkingowe na ten dzień nie są już możliwe, bo wszystkie miejsca zajęte są na kilka najbliższych dni. Mogłyśmy więc albo pojechać tam taksówką, albo wrócić po 16h, kiedy już żadne rezerwacje nie są koniecznie. Pierwsze rozwiązanie nie za bardzo nas urządzało – hmmm, mówiąc szczerze, przehulałyśmy wcześniej całą gotówkę. Wybrałyśmy więc drugą opcję i zdecydowałyśmy wrócić na miejsce wieczorem, zresztą zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego po południu możemy ominąć formalności związane z zaklepywaniem placu dla samochodu.

la Cumbrecita

la Cumbrecita

Wróciłyśmy o 16:30 i rzeczywiście, na parkingu nie zastałyśmy już nikogo. Jedynie pani w drewnianej budce parkingowej zwijała powoli swoje tobołki. Następnie zamknęła swoje miejsce pracy na klucz, wsiadła do szarego land rovera i odjechała, zostawiając nas same wśród chmur, które zaczęły powoli opadać. Zresztą zupełnie jak temperatura powietrza wokół. Mogłabym przysiąc, że zbliżała się już do zera.

Będzie lało – powiedziała na dodatek Sophie, wskazując palcem zachmurzone niebo. Faktycznie, zapowiadało się na niezła ulewę. Nie zniechęciło nas to jednak do wybrania najdłuższego z możliwych tu spacerów 🙂

la Cumbrecita

la Cumbrecita

la Cumbrecita

la Cumbrecita

Czułam się podczas niego trochę jak w horrorze, gdzie w mrocznym sosnowym lesie opada mgła, coraz bardziej ograniczając widoczność, wokół niziutko krążą okazałe kruki a na samym końcu – czyha przepaść. Martwiłam się nawet, że się za bardzo zapędzimy, przeoczymy Cumbrecitę i skończymy martwe na dnie wielkiego krateru… Brrr

Zaczęłam dygotać – sama nie wiem, czy ze strachu, czy z zimna.

la Cumbrecita

la Cumbrecita

la Cumbrecita

Mimo obaw, dotarłyśmy jednak szczęśliwie do opatrzonego w tabliczkę punktu, z którego… nic już niestety nie zobaczyłyśmy. Rozległa dolina cała była przykryta chmurami. Zrozumiałyśmy wtedy, dlaczego byłyśmy jedynymi eksploratorami tej osobliwej trasy, choć trzeba przyznać, że i o tej porze miała swoje uroki. Puchate obłoki mimo wszystko były wyjątkowo malownicze. Przypominały trochę kaskady spływające z porośniętych sosnami szczytów… Właśnie wtedy zdałyśmy też sobie sprawę, że zaczęło się ściemniać.

la Cumbrecita

Zmarznięte na kość wróciłyśmy szybkim tempem do samochodu, szczęśliwe że udało nam się uniknąć wielkiej ulewy, która spadła dokładnie godzinę później…

niestety

Dodaj komentarz