Indyjska sobota, czyli Ganesh, parotti i wieeelkie wesele

Już od ponad 2 miesięcy nie ruszam się zbytnio z Paryża i prawdę powiedziawszy, nóżki zaczęły mnie trochę swędzić. Zwłaszcza, że cały internet nie przestaje torturować tysiącem fotek ze słonecznych plaży, soczystymi kolorami egzotycznych kultur, drinkami z parasolką i przedziwnymi potrawami. Zapragnęłam choć na chwilę przenieść się na drugi koniec globu i doświadczyć jakiegoś kulturowego zdziwienia, którego byłam bardzo głodna. I wiecie co? Udało się. Za sprawą Razaka, naszego azjatyckiego znajomego, wpadłam w sobotę do Indii. 

Jak to się stało? Już opowiadam. Na początku umówiliśmy się w północnej części miasta, przy metrze Porte de la Chapelle. Zastanawiałam się, cóż za teleportację zgotuje mi tam Razak obiecując indyjska przygodę, podczas gdy jak się okazało, to właśnie w tym miejscu, przy Porte de la Chapelle znajdują się całe 2 dzielnice przepełnione sklepami, świątyniami, restauracjami, zapachem a nawet przechodniami rodem prosto z Indii. Gdyby nie fakt, że dopiero co wysiadłam z paryskiego metra, mogłabym przysiąc, że jestem w Azji…

Podobno w Paryżu mieszka około 30 000 osób pochodzących z Pondichéri, wśród nich jest zresztą sam Razak z rodziną. Najwięcej jest jednak Tamoulów wywodzących się ze Sri Lanki (40-50 000), którzy w latach 80. w obliczu wojny cywilnej targającej ich krajem, właśnie tutaj znaleźli swój azyl. Tę cześć dzielnicy nazywa się nawet „Little Jaffna” (2-gie największe miasto Sri Lanki). Na południu, w okolicach passage Brady prym wiedzie muzułmańska rzesza Pakistańczyków (50 000) i uciekinierów z Panjabu (10 000). Z tego też powodu te strony zwie się „Little Islamabad”. Nie brakuje tu też Hindusów z Mauritiusa czy Madagaskaru (jest ich 60 000).

Wielu z nich przybywa właśnie tutaj, na brzeg X i XVIII dzielnicy, by zaopatrzyć się w orientalne produkty spożywcze, aromatyczne przyprawy, zakupić materiały w soczystych kolorach, eleganckie, haftowane złotą nicią sari, bogato zdobioną biżuterię czy cd z najnowszym filmem bolywoodzkiej produkcji. Do tego każdy może pomedytować i wziąć udział w którymś z obrzędów w największej, choć z zewnątrz niepozornej hinduistycznej paryskiej świątyni: świątyni Ganeshu. Jej patron jest jednym z najważniejszych dla hindusów bóstw. Jest panem mądrości i inteligencji, ale też sprytu, obfitości i dobrobytu. Do niego stosuje się odpowiednią inwokację zanim skieruję się modlitwę do jakiegokolwiek innego boga. Ponadto specjalny obrzęd mu poświęcony odprawia się przed każdą znaczącą podróżą. Można więc śmiało stwierdzić, że Ganesh jest również opiekunem podróżników 🙂

Co roku urządza się mu wielkie święto. Jest ono ruchome i przypada zazwyczaj między sierpniem a wrześniem. W 2017 r będzie miało miejsce w tę niedzielę, 27 sierpnia. Jak co roku, rozpocznie je wielobarwna procesja ulicami „Małych Indii”, podczas której tańcząc i śpiewając na piedestale przenosić się będzie m. in. ważącą 70 kg naturalnych rozmiarów figurę słonia a na chodnikach rozłupie tysiące orzechów kokosa. Łupina owocu jest tutaj symbolem iluzji świata, miąższ – indywidualnej karmy a sok – ludzkiego ego. Poprzez to symboliczne rozbicie iluzji i rozlanie ego, oddaje się własne serce Ganeshowi, wyzwalając się z egoizmu, który przysłania człowiekowi jego prawdziwą boskość.

Kiedy dotarliśmy z Razakiem do tej, wyglądającej z zewnątrz jak dziwaczny obuwniczy market, świątyni, wypełniało ją już sporo ludzi. Świadczyły o tym choćby liczne trzewiki rozłożone na półkach przed wejściem, zostawione tu przez rozmodlonych i bosych wiernych. Wewnątrz odbywała się już mała procesja z kapłanami na czele, którzy maszerowali, odbywając stacje przy każdym z posągów, odymiając je kadzidłem, oblewając wodą i wykonując szereg innych niezrozumiałych dla mnie czynności. Jeden z kapłanów wyjaśnił mi, że obchody zaczynają się już 2 tygodnie przed celebracją właściwego święta Ganesha.

Razak, pokazując statuetki poszczególnych bogów omówił mi pokrótce historie i znaczenie reprezentowanych przez nie bóstw. Najciekawsza była chyba jednak jego opowieść o samym Ganeshu, który zajmował tutaj miejsce centralne a jego postać wieńczył fantazyjny baldachim.

Był on synem bogini Parvati i wielkiego Pana Shivy. Tzn z Shivą nie jest to takie do końca pewne. I nie chodzi o to, o czym zapewne myślicie… Parvati nie zdradzała męża, jednak tak bardzo nie mogła się doczekać z nim potomstwa, że… sama ulepiła sobie syna z woskowiny usznej i tchnęła weń życie (!). Podobno Ganesh wyglądał wtedy zupełnie tak samo jak wszystkie inne dzieci. Pewnego dnia jednak, kiedy był już trochę starszy a jego matka zapragnęła zażyć kąpieli, zleciła mu pilnowanie wejścia, by nikt nie naszedł jej nagiej. W międzyczasie, po długiej niebytności w domu, przybył Shiva. Przekonany, że malec najzwyczajniej podgląda matkę, zazdrosny i wściekły, uciął własnemu synowi głowę. Z wagi czynu, jakiego dokonał zdał sobie sprawę dopiero, gdy małżonka wyszła z kąpieli i zrozpaczona wyjaśniła, jakie było prawdziwe zadanie ich syna. Postanowił więc szybko naprawić swój błąd. Nie miał on jednak mocy przywrócenia chłopcu jego pełnej formy (bo co jak co, ale bogowie to nie magicy!), lecz obiecał ukochanej, że da mu głowę pierwszej istoty, którą napotka na swej drodze i, która okazała się być właśnie sloniem… co po części wyjaśnia prezentację bóstwa ze słonią głową.

Później podobno Ganesh spisał całą Mahabharate, którą na jednym oddechu podyktował mu Brahma. Niestety, w trakcie złamał mu się rysik. By kontynuować spisywanie świętej księgi, ułamał sobie jeden z kłów i użył go do dalszej pracy. Dlatego też przedstawia się go z jednym kłem i nazywa czasem « Ekadanta » (o jednym kle).

Wyjaśnienia posiadania przez niego 4 rąk nie udało mi się jeszcze odnaleźć… Może coś na ten temat wiecie?

Po opuszczeniu świątyni zagubiliśmy się w licznych tu butikach z konfekcją i materiałami. Podobno jest ich tu ponad 40 a każdy z nich to istny festiwal barw. Suknia noszona przez indyjskie kobiety nazywa się sari i (obok podspodniej, krótkiej bluzki o okrągłym dekolcie) najczęściej jest w bardzo jaskrawym kolorze. Wykonana ze szlachetnego jedwabiu i wykończona haftem utkanym złotą nicią. Sari to tak naprawdę materiał o 6-sciometrowej długości, którym się odpowiednio owija a na końcu przerzuca przez lewe ramię. Te najbogaciej zdobione, przeznaczone najczęściej na śluby, kosztują prawie 200 euro. Wiele jest też takich, które inspirowane są kreacjami postaci z bolywoodzkich filmów. W sklepach nie brakuje też złotego obuwia, kadzideł i męskich turbanów przystrojonych piórkiem.

Powoli skierowaliśmy się do mniejszej, bangladeskiej świątyni. Liczba obuwia zostawionego na półkach natychmiast poinformowała nas, że łatwo przyjrzymy się każdej ze statuetek. Na półce smutnie świeciła jedna para laczek. Świątynia ta znajdowała się na piętrze a na zamkniętym parterze odbywała się jakaś prywatna uroczystość. Przez zaparowaną własnym oddechem szybkę dostrzegłam szybko „to wesele!”. Zwiedziliśmy opustoszałe w porównaniu do Ganeshu pierwsze piętro, pogłaskaliśmy śpiące tam koty a ja już kombinowałam, jak by się tu dostać na tą prywatną uroczystosc…

Jak się okazało, nie było to wcale takie trudne. Rodzina państwa młodych z radością wpuściła nas do środka, gdzie akurat odbywała się uroczystość zaślubin (Var Mala). Akcja działa się na barwnym ołtarzu, wyścielonym czerwonym dywanem, usłanym kwiatami i pełnym różnych rekwizytów. Asystował jej bramin, recytujący jakieś aklamacje i sięgający po rozmaite przedmioty obecne na dywanie.

By mieć jak najlepszą widoczność, zajęłam miejsce przed pierwszym rzędem. Nie chciałam jednak nikomu przeszkadzać ani zasłaniać, więc po prostu na płasko uklękłam. Zdziwiony pan młody kilkakrotnie przerywał ceremonię, by podsunąc mi krzesełko. Nie mógł zrozumieć, że na ziemi jest mi dobrze :).  Panna zaś w zdobnym sari i złoconym welonie stale patrzyła na rąbek swej sukni i jakoś nie wyglądała mi na najszczęśliwszą. A może najzwyczajniej była wzruszona wagą nadchodzącej chwili? Zrobiłam kilka zdjęć i ruszyłam do wyjścia.

Zaraz, zaraz! – złapał mnie za łokieć ktoś z rodziny – mamy tutaj poczęstunek, słodką herbatę z mlekiem i trzeba zostać do końca. Przecież panienka jeszcze nie zmieniła sari na drugą, jeszcze nie założono jej wiążącego ją z tym mężczyzną na życie wisiora. Jak tak wychodzić w połowie spektaklu. No, chyba że się nie podoba? Podoba, bardzo podoba…

Razak pewnie porządnie się wynudził, ale ja siedziałam tam bite 2 godziny z zaciekawieniem obserwując nie do końca mi zrozumiałe akty przedstawienia. Wiem, że panna wróciła w nowej sukni a jej narzeczony w strojnym czepku z broszką odsłonił woal zakrywający jej twarz i nałożył na szyję wielki, złoty (?) wisior (oznaczający podobno dostatek). Chyba nawet był to kulminacyjny moment ślubu, bo w stronę młodych posypały się tysiące kwiatowych płatków a fotografowie, siostry i mamy przybiegły uwieczniać kark świeżo upieczonej mężatki w telefonicznej pamięci.

Potem przekazano młodemu małżeństwu kilka przedmiotów codziennego użytku. Były wśród nich grzebień, dezodorant, lusterko, w którego zwierciadle natychmiast się przejrzeli i coś do jedzienia na liściu bananowca, co też spożyli od razu. Po wymianie symbolicznych naszyjników z kwiatów i obrączek, które wcisnęli sobie na palce… u stóp, na salę poczęto wnosić wielkie gary z ryżem, mięsem, wazy z zupą i butelki z cocacolą.

Przyjrzałam się jeszcze pięknym gościom. Wszyscy zrobieni, tzn. makijaże jak z żurnala, włosy ze świeżymi falami, kokami, spinkami. Dziewczynki z poszczególnych rodzin strojne w najelegantsze falbaniaste suknie i… wszystkie identyczne… Ja w powyciąganym swetrze i rozlazłych trampkach do tej pięknej świty zupełnie nie pasowałam. Odmówiłam więc mimo nacisków w uczestniczeniu w nieoficjalnej części uroczystości, przyjęłam słonego paczka jako prowiant na drogę i ruszyliśmy dalej, by odkrywać smaki i zapachy Indii w Paryżu…

Kiedy zasiedliśmy w jednej z wegetariańskich restauracji, by zjeść tradycyjny obiad, Razak wyjaśnił mi kilka niuansów organizacji ślubów. Powiedział, że małżeństwa hinduskie są najczęściej parowane, tzn. to rodzice z obu rodzin decydują o wybrankach swych pociech. Wspierają się przy tym długimi negocjacjami, analizami pochodzenia rodów i horoskopami, w czym niebagatelną rolę grają daty i godziny narodzin obu potencjalnych małżonków. Mimo, że najczęściej dochodzi do przynajmniej jednej konfrontacji młodych, po których oni sami mogą wyrazić opinię co do wizualnego dopasowania, bywa że młodzi po raz pierwszy spotykają się dopiero na ślubie. Przypomniała mi się smutna mina panny młodej i ta zmęczona młodego pana. Czy się kochają? Pomyślałam o bollywoodzkim filmie, który zawsze oglądam, kiedy mam gorączkę i nie mogę się ruszać z łóżka przez przynajmniej 6 godzin, „Czasem słońce, czasem deszcz”, w którym ten problem odwrocił do góry nogami życie dwojga głównych bohaterów i… się wzruszyłam.

Wtedy właśnie kelner przyniósł nam zamówiony przed kwadransem posiłek. Tylko zaraz… Co to za metalowe tacki? I jakaś maź nawrzucana w każdą z dziur, zupełnie jakbyśmy byli w koszarach… Art de vie – jak to delikatnie ujął Razak – nie jest tak ważna dla ludzi z Indii. Dla nich najistotniejsza jest funkcjonalność. A niezaprzeczalnym faktem jest, że metalowe tacki mogące pomieścić kilka dań w jednym naczyniu i nietłukące się podczas zmywania są znacznie praktyczniejsze niż delikatna porcelana… Nie mogłam nie przyznać mu racji.

Po obiedzie powędrowaliśmy w kierunku pasażu Brady, którego klimat znacznie różnił się od tego z „Malej Jaffny”. Po drodze spróbowaliśmy indyjskiego chlebka na bazie ciasta francuskiego, zwanego parotti i podziwialiśmy wielobarwne słodkości w sklepowych witrynach.

Dzień uwieńczyły mi zakupy na indyjskim targu, gdzie aromat ponad 50-ciu przypraw świdrował mi nozdrza. Kupiłam chyba wszystko, czego nie znałam: cierpkiego ogórka, świeże liście curry, sok z kareli, coś co przypominało botwinkę, ale jak się okazało, wcale nią nie było… Bref, na przystanku autobusowym wyglądałam jak przekupka z masą toreb, która jedzie na rynek z Załakowa do Sierakowic, żeby sprzedać swoje tygodniowe zbiory. I było mi z tym dobrze 🙂


PS. Jeśli korci Was, by powędrować szlakami Razaka, zachęcam Was do odwiedzenia jego strony i przez nią z nim kontaktu na raz@apnaparis.com 

5 Replies to “Indyjska sobota, czyli Ganesh, parotti i wieeelkie wesele”

  1. O rany, o rany, to wszystko naprawdę w Paryżu? A potem wszyscy tak po prostu wsiadają do metra i rozjeżdżają się po swoich stacjach? Cudownie, jak cudownie, trochę mi tego kulturowego miszmaszu w Meksyku brakuje

    1. Marta, ja sama się dziwię, jak to możliwe, ale tak to właśnie wyglądało 🙂 I jestem pewna, że sama w Meksyku masz miejsca, gdzie jest równie kolorowo. Pozdrowienia!

  2. …”wyglądałam jak przekupka z masą toreb, która jedzie na rynek z Załakowa do Sierakowic,” i za to między innymi Cię uwielbiamy Madziu, że wciąż o nas pamiętasz mimo tak atrakcyjnych miejsc jakie odwiedzasz wspominasz piękne Kaszuby. Pozdrawiam Kornela.

    1. Kochana, jakże mogłabym zapomnieć ten kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie. Święty i czysty, jak pierwsze kochanie 🙂 Ściskam gorąco

Dodaj komentarz